Archives Posts
Mo’ Horizons - 10 Years Of …
Parafrazując fragment jednej, polskiej piosenki: minęło dziesięć lat, jak jeden dzień. Ale ten czas szybko leci… . Jeszcze nietak dawno dwóch hannowerskich DJów-zapaleńców Ralf Dresmayer i Frank Wetzer zaczynało podbój niemieckich klubów swoją rozpaloną mieszkanką odprężonej kawiarniano-barowej nuty o wyrazistym latynoskim posmaku. Aż tu nagle (po latach) upalno-wakacyjne brzmienie “Gonna Be”, “Mambuloo”, “Bosshannover” i “Flying Away” opanowało kawał świata. A sam duet Mo’ Horizons stał się jednym z najbardziej znanych (obok ekipy De-Phazz) niemieckich projektów kultywujących-promujących południowoamerykański brzmieniowy amalgamat (jazz, soul, bogactwo tamtejszego etno) w nieco bardziej nowoczesnej, klubowej formie.
Nieco ponad rok od “Sunshine Today” (ostatniego studyjnego albumu Ralf’a i Frank’a) ci mieszkańcy Hanoweru postanowili podsumować ich pierwszą, wspólną dekadę współpracy. Mam nadzieję, że nie ostatnią. Dwupłytowa pozycja “Mo’ Horizons - 10 Years Of …” to właśnie pierwszy, nobliwy przegląd twórczości duetu Wetzer-Dresmayer. Na jego zawartość składają się kompozycje z czterech wydanych studyjnych albumów oraz jednej autorskiej kompilacji Mo’ Horizons. Ale to tylko część tajemnicy skrywającej się pod nazwą “Mo Horizons - 10 Years Of …”. Choć w tym miejscu trudno mówić o zagadkowości. Bo takie nagrania jak “Drum’n Boogaloo” (drum’n’samba?), “Foto Viva” (w wersji radiowej, bardziej eterycznej), “Mambuloo” (kunsztowny, latynoski nujazz), przeszły do kanonu szeroko pojętej muzyki chillout. Choć brakuje mi na tej kompilacji nieco więcej akcentów z ich debiutanckiej płyty w postaci “Yes Baby Yes” i “Prince Charles’ Latest Affair”. Ale cóż - Mo’ Horizons nie mieli zapewne łatwego orzecha do zgryzienia w kwestii tego, co powinno się znaleźć na tej składance, a co (ze względu na fizyczne ograniczenia) niestety musieli oni pominąć. Chociaż z drugiej strony gdyby taki, a nie inny rozkład muzyczny, to zapewne nie pojawiły by się w tym zestawieniu podrywy “Ai Mi Morena” i rewiowe smykałki “Pe Na Estrada”. Obie kompozycje można było kiedyś często usłyszeć w polskich radiach; za czasów kiedy panowała w rodzimym eterze ‘normalna’ atmosfera.
Druga część “Mo’ Horizons - 10 Years Of …” to przeróbki nagrań duetu Wetzer-Dresmayer w wykonaniu zaprzyjaźnionych producentów. Choć nie tylko to można tam znaleźć. Obok brokenbeatowych kołyszeń przeróbki “Lovely Day Inside” autorstwa Jazz Juice (producenta ze stajni Freestyle Records), druga płyta tej kompilacji zawiera dwa rarytasy. Nieupublikowane wcześniej kompozycje Mo’ Horizons: bigbeatowy “Don’t Bring Me Down” oraz soul po kubańsku w “You Know I Don’t”. Koniec końców to one zamykają ostatnie dziesięć lat aktywności tego duetu z Hanoweru. Lecz nie ma roku, ba nawet miesiąca, aby któreś z nagrań duetu Mo’ Horizons nie pojawiło sie na jednej z wielu wydawanych na całym świecie kompilacji z pogranicza downtempo, chillout i lounge. Składanka “Mo’ Horizons - 10 Years Of …” odpowiada w pełni, czemu się dzieje. Sam zakładam, że za najwyżej dziesięć, piętnaście lat będzie można zobaczyć duetu Wetzer-Dresmayer jako główno prowadzących muzyczny korowód karnawału w Rio de Janeiro.
Jedno jest w tym wszystkim najważniejsze. Mimo swojego kawiarniano-barowego, relaksacyjnego charakteru, dokonania Mo’ Horizons nie sposób porównać z niczym innym. Raz to fakt, że rozumieją oni latynoskie, palmowo-tropikalne dźwięki, jak mało kto w Europie; a na pewno w Niemczech. Dwa - to oni przyczynili się do niezwykłej popularności muzyki latynoskiej w muzyce klubowej. Najbardziej słychać to nie tylko w muzyce lounge, ale również na płytach z muzyką house oraz drum’n'bass. Trzy - muzyczne dokonania Ralf’a i Frank’a, z którymi w formie skondensowanej można zapoznać się na podwójnym wydawnictwie “Mo’ Horizons - 10 Years Of …”. Muzyczna historia pisana dużymi literami ukazana bez zbędnej egzaltacji oraz reklamowych chwytów.























